Komu chleb speśniały stanie za specjały

„Na uciechy i zabawy trza pospieszyć do Warszawy” – takie sobie powiedzonko przypomniał długo-wąsy, szanowny szlachcic przemierzając wierzchem Rynek Nowego Miasta. A powód do takiego stwierdzenia miał. Pełno było tu bowiem swarliwych przekupek, kuglarzy, grajków i innych wybryków matki natury. Ale oto wyjeżdżając tuż za Bramę Nowomiejską inny mu się obrazek objawił. Nędzarz żebrzący o dziwnie czystej twarzy, ale w łachmanach, rękę do przejeżdżającego o grosz na kromkę, bądź kruszynę chleba prosząc. Zapytał się więc bogacz, czy aby się nie obawia zamiast owego grosza, batogiem nie dostać.
Ale dla żebraka tysiąc razy batog jest przyjemniejszy niż głód go ciągle ściskający. Szlachcic miał jednak przy sobie tylko mały kawałek dość jednak nieświeżego już chleba. Ale jak powiadają wśród ludzi ubogich: „prawdziwie głodnemu nawet chleb czerstwy i spleśniały stanie za dworskie specjały”. W wielkim zamyśleniu ruszył dalej szlachcic na swym rumaku.
Zapewne w Warszawie aż roi się od tego typu żebractwa, któremu, jak się okazuje, pomocy nijakiej nie udziela.
Wybrał się co prędzej wąsaty szlachcic do znajomego już piekarza mistrza Bonifacego Pakuły na ulicy Piekarskiej, swoją piekarnię mającego, pod szyldem: „Najlepsze chleby, rogale i buły znajdziesz u Bonifacego Pakuły”. Zapoznał go szlachcic z planem jaki po drodze wymyślił. A zamierzał każdemu żebrakowi ofiarować bochen chleba. Piekarz tylko za głowę się złapał, jak zamiar usłyszał, do rozpaczy niemalże doprowadzony tym faktem. Bał się bowiem, że do ruiny doprowadzony takim przedsięwzięciem zostać może. Ale szlachcic za chleb owy z własnej kieszeni zapłacić obiecał i natychmiast w białe ręce piekarza wypchaną sakwę wsadził.
Zabrali się więc piekarczyki czym prędzej do gniecenia i pieczenia bochnów i ze świeżymi, jeszcze ciepłymi na Rynek Starej Warszawy, Rynek Nowej Warszawy i Bramę Krakowską czym prędzej pognali, by żebrakom rozdawać. Nakaz jednak od szlachcica był bardzo ważny – chleb tylko i wyłącznie dla biedoty, dla potrzebujących o pustych żołądkach. Takie właśnie rozporządzenie wydając, skierował się na swym rumaku w stronę Zamku Królewskiego, gdzie od dawna oczekiwano na powrót hetmana Jana Sobieskiego.
Gdy o tym, że jakieś głuptasy rozdają darmowe chleby dowiedział się Bartłomiej Krupa – zamożny, ale bardzo sknery kupiec bakalii, natychmiast z okazji skorzystać postanowił. Umazał sobie twarz węglem, odział stare łachy stangreta i w kolejce żebraczej szybko się ustawił.
Piekarczyk pilnujący porządku przy koszu z chlebami lekko się zaniepokoił, widząc co prawda biednie ubranego żebraka lecz z brzuchem nie wskazującym na długotrwałą głodówkę sięgającego po największy bochen. Dla pewności jeszcze zapytał, czy oby na pewno ów jegomość nie ma ani grosza przy sobie i czy w niedalekiej przeszłości ich nie posiadał.
Ale jakże Bartłomiej mieć mógł jakieś grosze, skoro nawet kieszenie w łachmanach dziurawe były. Z radością wrócił Krupa do domu i dopiero tu go nieopisane zdziwienie spotkało, strach i przerażenie zarazem. Oto bochen coraz bardziej w rękach mu twardniał, aż w końcu całkiem skamieniał.
A z całej owej legendy, nawet najstarsi warszawiacy nie pamiętają powiedzenia: „Prawdziwie głodnemu nawet chleb czerstwy i spleśniały stanie za specjały”, ale pamiętają z całą pewnością rzecz inną.
W Świętojańskiej Farze, aż do 1939 roku na ołtarzu Baryczków u stóp posągu Cudownego Pana Jezusa w misternej srebrnej skrzynce ozdobionej perłami, umieszczony był kamień najprawdziwszy, dziwnie kształtem przypominający bochen chleba. Przyczyny na to, skąd się wziął i co miał oznaczać, podobno do tej pory nie odkryto. Ale czy oby na pewno?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *