Trasa W-Z

Nazwa Trasy W-Z (Wschód-Zachód) oznacza części miasta jakie ze sobą łączyła. Była to pierwsza inwestycja komunikacyjna po II Wojnie Światowej. Trasa była budowana niespełna dwa lata. Ówczesnym władzom zależało aby otwarcie zbiegało się w czasie z piątą rocznicą uchwalenia manifestu PKWN, co zreszą się udało gdyż oddano ja do użytku dokładnie 22 lipca 1949.
Ważnym elementem Trasy W-Z jest tunel pod Krakowskim Przedmieściem, ul. Senatorską i Miodową. Jego budowa była ryzykownym przedsięwzięciem – po usunięciu mas ziemi w 1948 zaczęła się osuwać wy skarpa wiślana, a mury stojącego na niej kościoła św. Anny zaczęły pękać (ślady przesunięć partii murów są widoczne na wewnętrznej północnej ścianie świątyni).
Podczas budowy Trasy W-Z oraz ówczesnej ul. Marcelego Nowotki (ob. ul. gen. Władysława Andersa) i osiedla Mariensztat częściowo zmieniono układ ulic w tym rejonie Śródmieścia. Rozebrano m.in. wysadzony przez wycofujących się po Powstaniu Warszawskim Niemców wiadukt Feliksa Pancera (1844, zmodernizowany w latach 1907-1908 w celu przystosowania do obsługi ruchu tramwajów elektrycznych), tworzący niegdyś bezpośredni zjazd z placu Zamkowego na most Kierbedzia (1864, odbudowany w 1917), zmieniono bieg ulic Bielańskiej, Kapucyńskiej, Nowego Zjazdu, Nowego Przejazdu oraz Długiej i Nalewek (jej fragment przemianowano na Bohaterów Getta). Nowy most Śląsko-Dąbrowski spoczął na filarach zniszczonego w czasie wojny mostu Kierbedzia.
Na otwarcie trasy sprowadzono z Wrocławia wyprodukowane w roku 1925 dwuosiowe wagony tramwajowe LH Standard i wyprodukowane w roku 1901 wagony L Maximum-czteroosiowe.

Ulica Świętojańska

Ulica Świętojańska na początku XV wieku od samego początku stanowiąc główny szlak komunikacyjny ówczesnej Warszawy. Biegła od Placu Zamkowego do Rynku Starego Miasta. Jej nazwy w historii zmieniały się kilkakrotnie. Na samym początku nazywała się Grodzka, w XVII wieku nazwę zmieniano na Zamkową, Świętego Jana. Obecna nazwa funkcjonuje od XVIII wieku, jednak do roku 1900 składała się z dwu członów Święto Jańska.
W końcu XVIII stulecia Świętojańska była najludniejszą ulicą Starego Miasta; liczyła około 1100 mieszkańców. Kolejne stulecie przyniosło pauperyzację ulicy; zamieszkujących tu dotąd duchownych, złotników i kupców zastąpili niezamożni rzemieślnicy, szewcy i urzędnicy niskiego szczebla. Miejsce wytwornych sklepów zajęły skromne sklepiki, dostosowane do możliwości finansowych mieszkańców ulicy.
W latach trzydziestych Świętojańską wyasfaltowano oraz wyposażono w lampy oświetleniowe; usunięto też szpecące ją sklepowe szyldy.
Podczas powstania warszawskiego ulica była miejscem ciężkich walk; przy jej wylocie na Plac Zamkowy zbudowano barykadę.
Zburzoną zabudowę ulicy odbudowano w latach 1953–1959, wprowadzając niewielkie zmiany w stosunku do stanu sprzed zniszczenia.

źródło : Wikipedia

Ulica Piwna

Ulica Piwna powstała na przełomie XIII/XIV wieku, początkowo nazywając się Pywna. Wtedy przebiegała ona od ulicy Wąski Dunaj do ulicy Piekarskiej. Dawniej dalszy odcinek dzisiejszej Piwnej od ulicy Piekarskiej do Placu Zamkowego był oddzielną ulicą Świętego Marcina lub Marcinkańską.

Najdawniejszym obiektem murowanym przy ulicy jest kościół św. Marcina, wybudowany pierwotnie jako drewniany w latach 1353–54. W XV wieku zastąpił go gotycki kościół murowany o absydzie od strony ulicy Piwnej. Przy kościele funkcjonował klasztor i cmentarz; w roku 1442 księżna Anna ufundowała obok kościoła przytułek.

Ulica Miodowa

Początki ulicy Miodowej, jako drogi łączącej dwa ważne szlaki – ulicę Senatorską i ulicę Długą sięgają XV wieku. Ukształtowała się ostatecznie w XVII wieku jako ulica pałaców arystokracji. W czasach Stanisława Augusta było ich 13, z czego do dzisiaj istnieje 7. Pierwotnie nosiła nazwę Przecznej, nazywana była także Miodowniczą i Kapucyńską, a w czasach Księstwa Warszawskiego – ulicą Napoleona. Pierwotnie Miodowa nie łączyła się z Krakowskim Przedmieściem. Połączenie tych dwóch ulic nastąpiło dopiero w roku 1887, kiedy rozebrano tzw. „Pałac pod Gwiazdą”.

Ulica jako założenie urbanistyczne jest w całości wpisana do rejestru zabytków – nr rej. 297.

zdjęcie : Miodowa Street. – Bernardo Bellotto

Krakowskie Przedmieście

Przedmieście ówczesnej Warszawy zaczęło tworzyć się już  p w XIV wieku, w 1454 roku powstał tam kościół Bernardynów.Dlatego też teren przed  murami miejskimi nazywano wtedy  placem Bernardyńskim. Powstawały tutaj drewniane domy rzemieślników , powstały także cegielnie, ukształtowały się dwie odnogi placu, gdzie wschodnia prowadziła do najstarszej warszawskiej jurydyki należącej do proboszcza kolegiaty: Dziekanki. Ówczesny  plac Bernardyński (lub Bernardyńskie Przedmieście) z czasem zwany był Czerskim Przedmieściem, a następnie Krakowskim Przedmieściem. Droga ta stała się też świetnym miejscem do budowy reprezentacyjnych pałaców magnaterii,  było też znakomitym miejscem triumfalnych wjazdów do miasta (między innymi wjeżdżali tędy hetman Stefan Czarniecki czy Jan Sobieski) oraz hołdów składanych przez Prusy Książęce i Inflanty.

W XVII wieku od Krakowskiego Przedmieścia odchodziły dwie uliczki Krótka (nieistniejąca dziś, na wysokości kamienicy nr 59) oraz Rzeźnicza (dziś Bednarska). W 1683 roku ustawiono figurę Matki Boskiej Passawskiej. W XVIII wieku ukształtowały się nazwy Szerokie Krakowskie Przedmieście (dla dawnego placu Bernardyńskiego) oraz Wąskie Krakowskie Przedmieście (dla pozostałego odcinka). Około 1762 roku ulica była już całkowicie wybrukowana, a do 1855 roku uzyskała oświetlenie gazowe.

Krakowskie Przedmieście zawsze było świadkiem demonstracji, szczególnie podczas zaborów – szczególnym wydarzeniem była manifestacja z 27 lutego 1861 roku, kiedy to rosyjskie wojsko zaczęło strzelać do manifestantów, zabijając pięciu ludzi. Pogrzeb tych pięciu poległych, odbyty 1 marca, zamienił się w ogromną manifestację narodową – kondukt pogrzebowy przeszedł z kościoła św. Krzyża przez plac Saski, Wierzbową, Bielańską i Nalewki na Powązki. Krakowskie było też świadkiem demonstracji studenckich 1968 roku oraz spotkania papieża Jana Pawła II z młodzieżą w 1979 roku (przed kościołem św. Anny).

W 1865 roku rozebrano kamienice pośrodku Szerokiego Krakowskiego Przedmieścia tworząc większą przestrzeń, organizując skwer i fontannę (dziś znajdującą się pod kinem Muranów), w 1866 roku ruszyła tędy linia tramwaju konnego łączącego dworce Wiedeński (Główny) z Terespolskim (Wschodnim). W 1887 roku do Krakowskiego Przedmieścia przebito Miodową.

Ulica stała się reprezentacyjną arterią miasta, znajdowały się tu najlepsze sklepy, spacerowali tędy najznakomitsi ludzie. W 1907 roku uruchomiono oświetlenie elektryczne i tramwaj elektryczny. W okresie okupacji hitlerowskiej trakt przyjął nazwę Krakauer Strasse.

Przez długie lata ta ważna i reprezentacyjna arteria Warszawy traciła swój zabytkowy charakter, stając się zwykłą miejską ulicą, przez lata zaniedbaną. Dopiero w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku postanowiono, że arteria ta musi powrócić do dawnej funkcji i stać się reprezentacyjnym deptakiem miasta. Prace trwały dwa lata. Ich pierwszy etap obejmujący modernizację południowej części ulicy rozpoczął się 22 września 2006 i trwał do maja 2007 (komunikacja miejska wróciła tu dopiero po rozpoczęciu roku akademickiego 1 października 2007). 25 sierpnia 2007 rozpoczęto prace nad drugą, północną częścią, które zakończyły się 13 lipca 2008.

Projektantem przebudowy Krakowskiego Przedmieścia był Krzysztof Domaradzki. Ulica po remoncie stała się szerokim deptakiem z wąską jezdnią pośrodku dostępną tylko dla komunikacji miejskiej oraz taksówek. Nawiązując do wyglądu ulicy na obrazach Canaletta użyto specjalnego, żółtawego granitu sprowadzonego z Chin, aby imitował kolor nawierzchni z XVIII wieku. Oprócz tego użyto także granitu szwedzkiego (czerwony) oraz strzegomskiego (szary).

Na nowym Krakowskim Przedmieściu pojawił się także nowe, stylizowane ławki, pachołki, kwietniki, latarnie-pastorały, zasadzono kilkadziesiąt drzew, postawiono cztery kubiki z reprodukcjami obrazów Canaletta oraz brązową tablicę wskazującą oś Saską. Ulica nie została w pełni przystosowana dla niepełnosprawnych oraz rowerzystów.

źródło informacji : Wikipedia

zdjęcia : St Cross Church Warsaw , pozostałe własne

Ruchoma szopka na Miodowej

Co prawda nie jest to miejsce które można odwiedzać cały rok ale nie jest to również miejsce o którym można zapomnieć w serwisie poświęconym warszawskiej Starówce.

Ruchoma szopka powstała w 1948 roku , została skonstruowana przez Piusa Jankowskiego i Konrada Warszawskiego. Jak można się domyślać na początku sami twórcy napędzali ją ręcznie. Głównym motywem szopki jest złóbek Jezusa z czuwającymi nad nim Maryją i Józefem oraz zmierzającą do niego pielgrzymką ludzi różnych sfer i kultur, oraz postaci ważnych dla losów Polski i świata. Każdego roku w jakimś minimalnym stopniu wystrój poza głównym motywem się zmienia, a zmiany mają najczęściej związek z bieżącymi wydarzeniami ważnymi dla Polski. W 2010 pojawiła się postać księdza Jerzego Popiełuszki a także akcenty związane z katastrofą smoleńską…

Czy wiesz że… ?

Ulica Kamienne schodki

Powstała aby mieszkańcy ówczesnej Warszawy mogli nosić wodę z rzeki – Wisły

Jej nazwa zmieniała się kilka razy : Na schodkach, Schodki, Kamienne schodki

6.01.2011 Orszak Trzech Króli – relacja

Orszak oficjalnie rozpoczął się od krótkiego lecz treściwego przemówienia JE Kardynała Kazimierza Nycza, następnie wyruszył już planowaną trasą. Kolorowe orszaki królewskie przeszły ulicami Plac Zamkowy ,  Krakowskie Przedmieście, ul. Królewska, Plac Piłsudskiego. Po drodze Królowie spotkali Anioła Bożego , następnie byli kuszeni przez zło przemierzając „republikę przyjemności”. Jako następny przystanek na ich drodze było spotkanie z Herodem który próbował nakłonić ich do podzielenia się informacją gdzie jest dzieciątko, gdy będą wracali. Mijali pole walki dobra ze złem gdzie anioły toczyły zażarty bój ze złymi mocami, w otoczeniu dymu i zapachu siarki. Potem już bez przeszkód i dodatkowych wrażeń dotarli do stajenki , którą była scena usytuowana na placu Piłsudskiego. Gdzie złożono hołd świętej rodzinie, oraz wręczono dary dla dzieciątka. Po tej części oficjalnej odśpiewano pastorałkę symbolizującą pokłon i zdjęcie koron z głów. jeszcze było oficjalne podziękowanie dla wszystkich oraz na zakończenie koncert kolęd. Cały orszak w tym roku był zorganizowany jako naprawdę wielkie wydarzenie, wzięło w nim udział kilak razy więcej aktorów niż w zeszłym roku i kilkanaście razy więcej osób które przybyły podziwiać to wspaniałe widowisko.

Zapraszamy do obejrzenia relacji z dzisiejszego Orszaku Trzech Króli. Który przeszedł ulicami warszawskiej Starówki.

za materiały czyli zdjęcia i multimedia dziękują koledze z serwisu www.club.fotostrefa.net.pl który praktycznie cały czas udostępnia nam swoje prace

Kamienne schodki

Pierwsza wzmianka o ulicy pochodzi z 1527 r. Kamienne Schodki dawniej prowadziły do Furty Białej znajdującej się w murach obronnych miasta, a dalej do Wisły. Ulica była wykorzystywana do noszenia wody z rzeki.

W XVII wieku nazywana była Na Schodkach, w XVIII wieku Schodki, a od końca XVIII wieku Kamienne Schodki (co miało być podkreśleniem zastąpienia drewnianych stopni kamiennymi). Nazywano ja także: Przechodnią, Ciasną i Pieszą.

W grudniu 1806 r. z ulicy Kamienne Schodki Napoleon Bonaparte w towarzystwie księcia Józefa Poniatowskiego oglądał Wisłę. Ulica zabudowana była dwoma domami i kamienicą. W XIX i XX wieku stanowiła miejsce, które często odwiedzali artyści.

Zniszczone podczas II wojny światowej budynki w części odbudowano (1952-1962). Rozluźniono wówczas zabudowę pomiędzy ulicą Brzozową a Bugaj.

Kolejny remont ulicy miał miejsce w 2002 r. (między ul. Brzozową a Bugaj). 78 stopni schodów wymieniono na nowe, wykonane z szarego granitu. Wymieniono też drewniane poręcze, żelazne kraty, furtki oraz w niektórych miejscach mur oporowy wzdłuż ulicy (część muru wzmocniono). Dodatkowo mur obłożono jasnymi płytami piaskowca[4]. Podczas prac remontowych natrafiono m.in. na fundamenty kamienicy z XVIII wieku oraz stary rynsztok.

Grafika : Ulica Kamienne Schodki w Warszawie – Maksymilian Gierymski (1846–1874)
Informacje : Wikipedia

Legenda o Złotej Kaczce – Artura Oppmana

Artur Oppman

Był sobie szewczyk warszawski. Nazywał się Lutek. Dobre było chłopczysko, wesołe, pracowite, ale biedne, jak ta mysz kościelna. Pracował ci on u majstra jednego, u majstra na Starem Mieście. Ale cóż? Majster, jak majster, grosz zbierał do grosza, z groszy ciułał talary i czerwonce, a u chłopaka bieda, aż piszczy.

Nibyto mu tam pożywienie dawał. Boże, zmiłuj się: wodzianka, kartofle — i tyle! I odział go, mówi się, ale ta przyodziewa spadała z Lutka, boć to stare łachy majstrowskie, co ledwo się kupy trzymały. Dość, że w takim sianie i pies by nie wytrzymał, a cóż dopiero człowiek! Gadają mu: Miej cierpliwość, mityguj się, będzie lepiej, poczekaj ino!

Co to lepiej! Kiedy? Rok za rokiem mija, lata lecą, a tu wciąż nędza i nędza.

Znudziło mu się. Uciec chce. Do wojska — powiada — pójdę, żołnierzem będę, może się ta nowy Napoljon gdzie zjawi, to, jak nic marszałkiem zostanę, jenerałem wielkim, mocarzem.

No nic! cierpi jeszcze, czeka.

Aż ci tu kiedyś na wieczorynkę poszedł do czeladnika jednego, co się niedawno wyzwolił i wiodło mu się niezgorzej, bo grenadierskie buty szył, dla gwardii, dla panów oficerów. Wieczorynka aż milo! Jedzą, piją, gawędzą. Ni z tego, ni z owego, o bajkach „się zaczyna, o takich podaniach warszawskich

I mówi jeden stary szewc, kuternoga:

— Ho! ho! u nas w Warszawie i o pieniądz łatwo i o sławę, tylko trza mieć odwagę i rozum we łbie, jak się patrzy.

Zaciekawił się Lutek, pyta:

— Mówcie, co takiego?

— Ano nic — rzeknie kuternoga — na Ordynackiem, w podziemiach starego zamku, jest królewna taka, zaklęta w złotą kaczkę. Kto do niej trafi, kto ją przydybie — wygrał! Ona mu powie, jak skarby ogromne zdobyć, jak się stać możnym bogaczem, magnatem!

— I gdzie to, mówicie?

— Na Ordynackiem, w lochach starego zamczyska.

— A kiedy?

— W noc świętojańską.

Zapamiętał to sobie nasz Lutek, a do nocy świętojańskiej trzy dni trzeba czekać, nie więcej.

Wieczór spadł na gwarną Warszawę, gwiaździsty, ciepły, czerwcowy. Na ulicy ludzi, jak mrowia. Panienki takie śliczne spacerują, a przy nich kawaleria, młodzi panowie, a głównie — wojskowi.

Tu ułan drugiego pułku, biały z granatem, tu strzelec konny gwardii w mundurze zielonym z żółtym, tu piechota liniowa, tu artylerzysta; hej! ostrogi dźwięczą, szable brzęczą, kity migają, aż lubo patrzeć!

Idzie sobie nasz szewczyk Lutek Krakowskiem Przedmieściem, Nowym Światem, wszedł w Ordynacką, przeżegnał się: już blisko!

Spuszcza się Tamką, bo tam właśnie jest wnijście do lochów ordynackiego zamczyska, idzie, lezie, ale mu coś niesporo.

Nie to, żeby się bał: niech Bóg broni! nie lęka się on niczego; tylko tak jakoś, nie łacno mu, ze złym duchem może, wejść w komitywę.

Ano trudno! Raz się zdecydował: wejść trzeba!

Od Tamki, okienka nad ulicą dość nisko, szyb niema, ino kraty, ale taki chudzielec, jak wąż się przeciśnie.

Jazda! Wdrapał się po wystających cegłach do okna, raz, dwa, trzy! W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! — Wlazł do wnętrza. Ciemno! zapalił świeczkę — idzie. Kurytarz długi, wąski, kręty, prowadzi niżej i niżej. Aż ci po kwadransie może takiej drogi wylazł szewczyk do piwnicy wielkiej, sklepionej, z jeziorkiem jakiemsiś pośrodku.

Przy mdłem światełku świeczki łojowej, którą trzymał w ręku, obaczyt Lutek owo jeziorko, — a na niem — Boże drogi! prawdę mówił szewc Kuternoga: złota kaczka pływa, piórkami szeleści.

— Taś, taś! kaczuchno!

I nagle — z kaczki czyni się przecudna dziewica: królewna. Włosy złote do ziemi, usta jak maliny, oczy jak gwiazdy, a buzia taka cudna, że — klękajcie narody!

— Czego chcesz ode mnie, chłopczyku?

— Jaśniewielmożna królewno — Lutek powiada, — nic ci ja nie chcę, ino zrobię to, co ty chcesz, abyś rozkazała.

— Dobrze — odpowie księżniczka — tedy ci powiem! Uzyskasz skarby, jakich nikt na świecie nie ma i mieć nie będzie, panem będziesz, bogaczem, jeśli spełnisz, co do joty, to, co ci powiem.

— Słucham, jaśniewielmożna!

— Oto masz kieskę, w niej sto dukatów; przez dzień jutrzejszy musisz je wydać, ale tylko na potrzeby własne, dla siebie samego; nic ci z tego złota dać nikomu nie wolno, ni grosza, ni grosza! Pamiętaj.

— Ha! ha! ha! — zaśmieje się Lutek — i cóż to trudnego? Będę jadł, będę pił, będę hulał! Wydam sto dukatów — a co potem?

— A potem, skarby niezmierne otworem stać ci będą, kopalnie złota prawdziwe, bogactwa niezmierzone; ale pamiętaj: ni grosza nikomu!

— Zgoda, królewno! daj kieskę!

Księżniczka kieskę Lutkowi wręczyła, zaśmiała się jakoś dziwnie — i znikła.

Strach przejął szewczyka. Ledwo się do okna dogramolił, wylazł na Tamkę i smyrgnął na Stare Miasto.

Nazajutrz dzień od rana samego puszcza się Lutek na miasto. Co tu robić najsampierw — myśli sobie — chyba się odziać, jak panicz.

No, dobrze! racja! Poszedł na Świętojerską, do sklepów z odzieżą, kupił sobie kapelusz, ubranie, paletot. Szyk! Prawdziwy hrabia!

Idzie, pogwizduje, laseczką macha, bo i laseczkę se sprawił, nie wie co robić dalej.

Nie taka to łatwa sprawa wydać sto dukatów!

Sto dukatów! dla siebie samego!

Ha! trza pomyśleć!

A że to była już jakaś dziesiąta godzina, jeść mu się kaducznie zachciało. Jeść i jeść. Młody, zdrowy, to i nic dziwnego, że głodny.

Wstąpił do gospody. Każe sobie dać kiełbasy, kiszki, piwa, bułek.

Je, je, aż mu się uszy trzęsą. Najadł się tak, że mu chyba na trzy dni wystarczy.

— Co się należy?

— Dwa złote.

— Dwa złote? Nie więcej?

— Dwa złote, paniczu, i przydałoby się z dziesięć groszy napiwku.

Wydajże tu sto dukatów, bądź mądry! Ano trudno! Trza jakości ten pieniądz wydać. Pomyślimy!

Sypie ci Lutek na wycieczkę za miasto. Pojechał końmi do Wilanowa. Bryczkę wynajął na poczcie, koni czwórka, pocztylion gra na trąbce. Uciecha.

Przyjechał. Dał dukata odźwiernemu przy parku. Chodzi po ogrodzie. Napatrzył się, południe już minęło. Pora powracać! I znów jest w Warszawie. Co zrobić? Gdzie wydać pieniądze, boć wydał niespełna pięć dukatów.

Spojrzał. Afisz na rogu: Teatr Narodowy. Niema co! Chodźmy do teatru.

W teatrze zabawił się setnie. Nie był w nim nigdy. Bo i skądże? Rzecz droga: miejsce dwa złote.

Wyśmiał się, ucieszył, wychodzi.

Późna już pora. Czasu do wydania pieniędzy niewiele, a Bóg świadkiem — nie wie Lutek, co z niemi zrobić? Idzie, rozmyśla. A gdy tak idzie, na rogu zaułka starzec stoi zgarbiony.

— Panie — powiada — drugi dzień mija, gdy nic w ustach nie miałem. Starym żołnierz, paniczu, pod Sommosierrą byłem, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, przy księciu Józefie pod Lipskiem — poratuj mnie!

Pojrzy Lutek na starca: inwalida bez ręki, a na piersiach błyszczą mu wstążeczki orderowe: Legia honorowa i Virtuti militari.

Sięgnął do kieszeni, wyciągnął garść złota, dał starcowi.

— Bóg—że ci zapłać, paniczu! Bóg ci zapłać! Będziesz szczęśliwy i bogaty!

Błysnęło! zagrzmiało!

Mignęła przed oczami Lutka księżniczka zaklęta.

— Nie dotrzymałeś obietnicy, nie dla siebie wydałeś pieniądze!

I znikła.

Rozejrzy się szewczyk: dziad stoi, jak stał poprzednio — i rzecze:

— Nie dukat, paniczu, daje szczęście, ino praca i zdrowie. Ten pieniądz wart coś, co zarobiony, a darmocha na złe idzie.

Powrócił Lutek do domu rad i wesół. Ocknął się rankiem bez grosza w kieszeni. Wydał na siebie z dziesięć dukatów, a resztę oddał starcowi, ale też od tego czasu wiodło mu się, jak nigdy. Wyzwolił się wrychle na czeladnika, niebawem majstrem został, ożenił się z panienką piękną i zacną, dzieci wychował — i żył długie lata w zdrowiu, w dostatku i w szczęściu.

A o złotej kaczce słuch zaginął. I dzięki Bogu! Bo zła to musiała być boginka, kiedy za warunek stawiała: sobie, nie komu!

Nie tak! nie tak myśleć i czuć po polsku trzeba! My rządzimy się inaczej: naprzód biednemu, potem sobie!

A wtedy każdej pracy Pan Bóg dopomoże.