Jak Maćko Kwasiżur diabła Chmielorza ośmieszył

Każde z miast państwa polskiego XVI wieku miało swego bohatera, miejscowego wielkiego rycerza. Miał Kraków, miało Gniezno, miała i Warszawa. Był nim Maćko Kwasiżur, służący w straży wojewoda. Maćko nie tylko swoje bohaterstwo i siłę na polach bitew udowadniał, ale i z siłami nieczystymi również. A sława o nim rozeszła się po pewnym zdarzeniu.
Razu pewnego w gospodzie na rogu Piekarskiej i Piwnej Maćko Kwasiżur wśród znajomków siedząc począł się wychwalać jako to niby z każdym odważnym radę sobie da, ale nawet samemu diabłu poradzi.
I chyba w złej chwili słowa te wyrzekł. Wiadomo bowiem, że wszędzie tak i Warszawa od diabłów czyhających w każdym rogu nie jest wolna. Jedne szlajają się po ulicach do zła nakłaniając, inne dzieci porywają i ogniem smalą, a jeszcze inne w karczmach i knajpach przesiadują i do zła popychają.
I tak to z długą brodą, ognistymi oczami i rogami wystającymi z włochatej łepetyny nagle z rogu karczmy, gdy Maćko swe przechwałki słał, wyskoczył diabeł Chmielorz. Wszyscy w panikę wpadli, pod stoły i po kątach się pochowali.
Diabeł przechwałki Maćka słyszał lecz jeszcze raz dla pewności o powtórzenie ich poprosił, prosto w oczy.
Maćko swą faktyczną odwagę ukazując jeszcze raz diabła i jego ognistych braci epitetami obsypał, zapewniając jednocześnie, że przechytrzyć ich to jak pstryknąć palcem.
Aby nawzajem swoją odwagę udowodnić obaj zakład postanowili podjąć. Najpierw sędziego w osobie wójta Starej Warszawy Pankracego źdźbło wybrano i nagrody dla obu za wygraną ustalono.
Rycerz ze swej strony swój drogi muszkiet postawił a diabeł Chmielorz sakiewkę złota, dzban miodu i dziesięcioletnią, wierną służbę. Jeszcze przed postawieniem zakładu Maćka o opamiętanie proszono, nikt bowiem wierzyć nie chciał, iż uda mu się fortel z diabłem samym. I Maćko Kwasiżur i diabeł Chmielorz jednak tak poważnie do zakładu podeszli, że nijak od tego odwieść się nie dali.
W końcu i Maćko i sam temat zakładu przedstawił. Diabeł Chmielorz z ławy stojącej pośrodku sam wstać niby nie będzie mógł z jakiegoś to tajemniczego powodu.
Wszyscy na ten zakład wielkie oczy wybałuszyli, a chyba najbardziej sam diabeł, na tak banalny zakład. Jak to diabeł Chmielorz, ze swymi diabelskimi możliwościami i mocą nie będzie mógł wstać bez żadnych utrudnień z prostej ławy???
Maćko tymczasem tylko ręce zatarł, obok diabła na ławie zasiadł i czekał. Diabeł zwycięstwa pewien z tryumfem na ławie zasiadł i na zakończenie tej parodii również czekał.
Rycerz dla pewności i zapamiętania jeszcze raz treść zakładu wyraźnie powtórzył: „sam diabeł z ławy nie wstanie i to może przez godzinę bądź więcej” i rozpocząć zakład dla sędziego rozkazał.
Wstał zatem powoli a następnie podskakiwać na ławie diabeł zaczął z przekonaniem, że zakład wygrał, i nie tylko dla niego małocenny muszkiet rycerza ale jego duszę. Ale nie zauważył i diabeł i zgromadzeni, iż wraz z nim wstawał i siadał ponownie także Maćko, siedzący przecież obok. I tu się nie sprawdza powiedzenie, iż łatwiej słoniowi przejść przez ucho igielne niż człowiekowi jakiegokolwiek diabła przechytrzyć.
Maćko jeszcze raz wyraźnie treść zakładu zgromadzonym i diabłu powtórzył, jako to sam diabeł z ławy wstać nie miał, co też się stało, bo wraz z Chmielorzem wstawał także on, Maćko Kwasiżur.
Dopiero teraz zebrani zrozumieli, na czym ten przebiegły zakład polegać miał. I chyba sam diabeł w końcu pojął. Został przez Maćka zrobiony na dudka, nabity w butelkę i to przez kogo, przez jakiegoś tam dragona.
Maćko z garncem miodu, nabitą sakiewką i rogatym lokajem wyjechał z Warszawy dziękując za służbę wojewodzie.
Zajął się Maćko kupiectwem, a dokładnej przepływem przez Wisłę towarów w Warszawy do Gdańska. A o towary był spokojny. Czuwał nad nimi bowiem sam diabeł.
A zdarzało się wiele razy, że zbóje napadając na konwój i widząc na straży diabła uciekali w popłochu nogi nawet za sobą gubiąc.

Wars i Sawa

Dawno dawno temu nad Wisłą stała maleńka chatka, a w niej mieszkali Wars i Sawa. Wars był rybakiem. Pewnego razu w okolicy tej odbywało się polowanie Ziemiomysła(Siemomysła) – pana okolicznych ziem. W pościgu za zwierzyną książę odłączył się od orszaku i zgubił się w kniei. Wieczór już się zbliżał, a książę nie mógł znaleźć powrotnej drogi. W końcu, dotarł do brzegu Wisły i zobaczył chatkę Warsa i Sawy. Ponieważ w nocy niebezpiecznie było samemu chodzić po puszczy, książę zapukał do chatki i poprosił o nocleg. Wars i Sawa przyjęli nieznajomego bardzo gościnnie. Nakarmili go i zaofiarowali mu nocleg, a książę przyjął to z wdzięcznością.Rankiem książę podziękował ubogim rybakom za pomoc; powiadano, że rzekł im wtedy „Nie zawahaliście się przyjąć pod swój dach nieznajomego i uratowaliście go od głodu, chłodu, a może i dzikich zwierząt. Dlatego ziemie te na zawsze Warszowe zostaną, aby wasza dobroć nie została zapomniana”.

Tak mówi legenda. Najprawdopodobniej nazwa naszej stolicy wzięła się od imienia Warsza z rodu Rawiczów, do którego w XIII w. należały te ziemie – mówiono wtedy, że to Warszowa ziemia, czyli będąca własnością Warsza. Z czasem nazwa Warszowa zmieniła się na Warszawa.
Sawa (Sava, po niemiecku Save po węgiersku Száva, w czasach rzymskich Savus) to imię mitycznej syreny (a także rzeki w południowej Europie)przypuszcza się także że Sawa nie mogła być żoną Warsa, ponieważ według wszelkiego prawdopodobieństwa była mężczyzną. Sawa jest imieniem męskim, niegdyś bardzo popularnym w krajach słowiańskich. Św. Sawa jest jednym z najpopularniejszych świętych prawosławia.

Legenda znaleziona na stronie :

http://legendy32.blogspot.com/2009/04/wielki-dzien.html

Kiedy jeden włos może zmienić serce złodzieja

Jak w każdym mieście tak i w Warszawie pełno było drobnych złodziejaszków i rzezimieszków, którzy to jednak wcześniej czy później trafiali pod sąd rady miejskiej, a następnie do lochów.
Ale był w Warszawie Makary Kulawik, o którego profesji wszyscy wiedzieli nawet daleko poza regionem mazowieckim. Chyba najlepszym był złodziejem, jakiego Warszawa od niepamiętnych czasów w swych murach miała. Cała czas straż miejska była postawiona w pogotowiu aby Makarego na gorącym uczynku złapać. Czyniono to jednak bezskutecznie, bo był mistrzem w swoim fachu. Lecz szczęście wieczne nie jest.
O tym przekonać się miał Makary Kulawik na własnej skórze. W swych poczynaniach sięgał coraz dalej i bardziej odważnie.
Razu pewnego zakradł się do Świętojańskiej Fary i skarby składane przez wiernych skraść postanowił. Po cóż bowiem drewnianemu Chrystusowi takie skarby, które jego samego uczynią bogaczem na miarę Sapiehy lub Radziwiłła.
Kiedy to złodziej już miał schodzić z najwyższej kondygnacji ołtarza, skąd zdejmował złotą koronę Chrystusa, ręka posągu złapała go za włos. I to jak!? – tylko za jeden włos. I mimo usilnych starań, nijak się nie udało Makaremu uwolnić z owej Chrystusowej pułapki.
Rano zastał Makarego w ten sposób uwięzionego kościelny Sebastian, który od razu na ratunek wezwał organistę Jacentego, księdza proboszcza i wikarego. Ale oto tłum gapiów mnożyć się począł bo wierni na mszę świętą poranną zbierać się zaczęli. Ale jak tu najszybciej złapanego na gorącym uczynku wielkiego złodzieja ukarać?
Wójt Wawrzyniec Krupa łotra zdjąć nakazał i w żelaznej klatce przed ratuszem umieścić. Lecz jakże go zdjąć. Próbowało to zrobić dwóch największych strażników i bezskutecznie. Przypalić ten jeden włos także próbowano, ale bez efektu. Dziw wziął wszystkich, kiedy podsadzona pod włos świeca nie spaliła go, a jedynie lekko smaliła.
Cęgami więc do cięcia najgrubszej blachy włos odciąć postanowiono.
Ale to cud jakiś, bądź nie daj Boże diabelskie czary tego włosa przeciąć nie dały. Tego już było ze wiele. Z braku rady na zaistniałą sytuację, komuś do łepetyny pomysł wpadł taki, co by do świątyni kata zawołać i na miejscu łotrowi głowę ściąć. Ale od razu bunt powstał – było by to bowiem grzechem śmiertelnym krwią grzeszną ściany świętego miejsca kalać.
Do tej pory cicho siedzący wikary wpadł na pomysł taki, aby łotrowi w konsekwencji grzech i winę wybaczyć, i na wolność wypuścić, mówi się bowiem „(…) odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom (…)”.
Radę postanowiono wypróbować od razu i od Makarego groźny tłum odstąpił. Posąg Chrystusa palce na włosie lekko rozluźnił i Makary został uwolniony.
I stało się to, czego nikt raczej wcześniej przewidzieć nie mógł. Makary Kulawik spod Gnojnej Góry się nawrócił. Za uczciwie zarobione pieniądze w warsztacie płatnerskim u mistrza Szymona pomagał biednym i niedołężnym. A jego dzieła, wykonywane bardzo zręcznie i kunsztownie złodziejskimi palcami były znane nie tylko na całym Mazowszu i w całej Polsce, ale i w samej Pradze, Kijowie, Wiedniu, Paryżu, Madrycie czy Rzymie.
A co się działo w Świętojańskiej Farze i z posągiem Chrystusa? W czasie Insurekcji Kościuszkowskiej wszystkie tamtejsze skarby zostały przetopione i ofiarowane Narodowi.
W czasie okrutnej wojny, posąg ukryty został w podziemiach dominikańskiego kościoła Świętego Jacka. Na swoje pierwotne miejsce Cudowny Pan Jezus powrócił dopiero w 1948 roku, prowadzony parotysięczną procesją i umieszczony w kaplicy Baryczków, gdzie oczywiście znajduje się do dziś.

Pustelnia Trzech Krzyży

Razu pewnego, gdy książę Ziemowit, Siemowitem także zwany, zmierzał w stronę swej kasztelańskiej siedziby w Jazdowie, niezwykły zwierz mu drogę przeszedł. W innej sytuacji natychmiast wyciągnął by swą łowiecką szabelkę, bo za łowcę doskonałego się uważał, ale na szczęście tak się nie stało. Ciekawość bowiem tak wielka weń wstąpiła, że nie mógł się oprzeć, aby zwierza z bliska nie obejrzeć. Zsiadł więc ze swego rumaka i w ślad za nim ruszył. Niczym jednak nadzwyczajnym się jednak zwierz nie okazał – wielkim, brunatnym niedźwiedziem.
Zadziwiające jednak było to, cóż ten niedźwiedź niósł przed sobą, a przy tym jak wyglądał. Idąc na dwóch tylnych łapach, jak to niedźwiedziom zdarza się rzadko, niósł przed sobą na olbrzymich liściach łopianu wielką bryłę miodu, zapewne świeżo z leśnej dziupli królowej pszczół zabraną. Począł się oczywiście książę zastanawiać na cóż niedźwiedziowi tak wielka ilość miodu. Może aby nakarmić gromadę niedźwiedziątek rozbrykanych albo swą samicę czekającą rozwiązania. Zagadkę postanowił Ziemowit rozwiązać i w ślad za brunatnym w bezpiecznej odległości ruszył.
Doszedł tak na skraj polany, na której to jego oczom ukazała się mała chata.
„Na cóż niedźwiedziowi chata i co w niej robi?” – zastanowił się książę. Może na wzór człowieczy niedźwiedzia rodzina osiedliła się w iście ludzkim siedlisku.
Lecz to się miało wyjaśnić za chwilę, gdy na głośne, znaczące pomrukiwania niedźwiedzia nie jego rozkrzyczana gromada wybiegła, ale trzech dostojnych starców wyszło. Wysocy ale ze względu na wiek mocno pochyleni z długimi brodami w białych, długich, lnianych tunikach i boso. Krążą o nich legendy na całym Mazowszu, iż w samotni w głębokim buszu swój żywot wiodą z dala od ludzi, od świtu do nocy Pana Boga chwalą i dbają o wszystkie leśne zwierzęta.
Chętnie również pomocy podróżnym udzielają i bogactwem leśnym tylko się żywią. Jak nie patrzeć święci to zaiste staruszkowie. Niedźwiedź tymczasem podarek na dłonie jednego ze starców złożył i popieszczony odrobinę przez obdarowanych z polany powolnym krokiem i już na czterech łapach odszedł.
Tak owa przedziwna scena księcia Ziemowita zauroczyła, że w krzakach przyczajony nie wytrzymując, na polanę wraz z koniem wyszedł. Z wielką radością niespodziewany gość przez leśnych dostojników przywitany został, od razu jadłem i piciem częstowany.
O odmowie oczywiście być mowy nie mogło. Z ciekawości jednak swej wielkiej książę począł staruszków o ich żywot w tej głuszy wypytywać. Z ochotą opowiedzieli mu jak to zwierzęta leśne wszelkiego rodzaju jadła, jakie w skarbcu las posiada donoszą, w zamian staruszkowie leczeniem odwdzięczyć się mogą i wszelką pomocą. I tak oto już przez wiele lat swój szczęśliwy żywot dostojnicy wiodą, który nie tylko od pełnego żołądka i napitku zależy. „A od czegóż?” – Ziemowit zapytał. Szczęście, w recepcie mędrców, zależy od dobrych uczynków, do czego każdy człowiek jest zobowiązany.
Życie bowiem bez czynienia dobra jest jak cedr bez wina, jak drzewo bez liści, jak dom bez mieszkańców, pełne jałowości. Mądre to stwierdzenie i chwili zastanowienia warte.
Po gościnie i powrocie do Jazdowa, na spotkaniu dworskim książę wszystkim zebranym pytanie zadał: „O czego zależy w życiu szczęście?”. Jednak poprawnej odpowiedzi nie było. Czyż możliwe jest, że ludzkość pochodzenia szczęścia nie zna??? Od chwili przedziwnej wizyty w pustelni książę Ziemowit o jej mieszkańcach stale pamiętał. Posyłał mędrcom podarki w postaci koszy pełnych jadła, którego las zapewnić im nie mógł.
Lecz oto, pewnego pechowego dnia posłaniec wrócił z pustelni z wieścią straszliwą. Jacyś zbójcy na pustelnię napadli w poszukiwaniu skarbów, które to staruszkowie od księcia niby to ich zdaniem dostawać mieli. Staruszków potwornie kijami zbili i w puszczę powlekli. Na próżno jednak książę natychmiast pościg zorganizował i przez długi czas dostojnych i bliskich sercu mędrców, bądź ich ciał szukał. Zniknęli jak kamfora.
Z bólem w sercu, a na cześć zaginionych, książę mazowiecki w miejscu pustelni trzy wielkie, drewniane krzyże ustawił. To miejsce od tamtej chwili wszyscy nazywać poczęli Pustelnią Trzech Krzyży.
Od chwili, kiedy to Warszewa w miasto Warszawę się przerodziło, a Jazdów Ujazdowem się stał, Pustelnia Trzech Krzyży Placem Złotych Krzyży nazywać się zaczęła, a później i już do teraz – Placem Trzech Krzyży.
Za czasów swego panowania, król August II Mocny od Ziemowitowych krzyży Drogę Kalwaryjską z 28 kaplicami przez obecne Aleje Ujazdowskie do Pałacu Ujazdowskiego poprowadził. A teraz trasa ta i Łazienki Królewskie stają się niestrudzenie wydeptywaną trasą niezliczonej liczby spacerowiczów. Bo gdzież w Warszawie są piękniejsze miejsca niż aleje pełne róż, rozłożystych drzew i krzyku pawi królewskich, niż w Łazienkach Królewskich.

Legenda o kamiennym niedźwiedziu

Dawno, dawno temu na Mazowszu panował książę zwany Niedźwiedziem, nazywano go tak, gdyż był olbrzymi i silny jak niedźwiedź. Na jego nieszczęscie był niezmiernie brzydki. Pewnego razu książę zakochał się w pięknej damie. Nie odważył się wyznać jej swej miłości bo bał się, że ta wyśmieje go z powodu jego brzydoty. Cierpiał więc w milczeniu. Którejś niedzieli książę przyjechał, jak zwykle, na mszę do kościoła i zobaczył jak owa dama wychodzi w sukni ślubnej a u jej boku idzie mąż – piękny młodzieniec. Gdy książę ujrzał tę scenę, serce zamarło w nim z rozpaczy i skamieniał z bólu i żałości – zamienił się w kamiennego niedźwiedzia. Teraz kamienny niedźwiedź stoi pod kościołem oo. jezuitów na Starym Mieście i czeka cierpliwie, bo legenda mówi, że jeżeli jakaś panna pokocha go tak, jak on kochał piękną damę, to niedźwiedź odzyska swoją dawną postać. Warto pamiętać o nieszczęśliwie zakochanym księciu i pogłaskać jego niedźwiedzi pysk. Być może to osłodzi gorycz jego oczekiwania.


Legenda znaleziona na stronie:
Kamienny niedźwiedź znajduje się na ulicy Świętojańskiej 10

Legenda o Złotej Kaczce

Żył raz sobie wśród zastępów wojska czwartackiego jeden wojak o duszy bardzo swawolnej, ale wielkiego serca. Wszędzie znajdował kompanów do dzbana i w każdej sytuacji miejsce do spania.
Bałamucił białogłowy, wszędzie pozostawiał tuzin złamanych serc, nie troszczył się o dzień dzisiejszy i jutrzejszy.
Ale oczywiście nie wszyscy mają to szczęście przez całe życie przejść jak motyl, w pewnej chwili karta się odwraca, gwiazda się przesuwa.
Razu pewnego nasz wojak beztrosko przemierzając na skróty Rynek, pobrzękując szabelką u boku przywieszoną, znajome odgłosy w oddali usłyszał.
Oczywiście mimo wszystko dając ciekawości upust kroki swoje skierował w sam środek karczmianego, znajomego hałasu, dymu i zapachu. Połaskotała go w gardle znana woń palonej gorzałki wszelakiej.
Wkroczył w grono znanych kompanów, którzy to już od samego rana czcili uroczystość zaręczyn, i stąd też przed przybyszem pojawiło się od razu kilka napełnionych dzbanów.
Szybko stanem upojenia do towarzyszy miał dołączyć.
Kiedy to już tym i owym języki namoczone odpowiednio zostały, co poniektórzy już podśpiewywać poczęli albo im na opowiadanie baśni się zbierało.
A krążyła wśród wszystkich jedna taka, z której tylko sam wojak miał śmiałość się podśmiewywać kiedy innym ona spokoju nie dawała.
Podobno pod pałacem w podziemiach na Ordynackiej Królewna w Złotą Kaczkę zaklęta na odczarowanie czeka.
Odczarowania ma dokonać prosty chłopak ze Starego Miasta wprzódy oczywiście groźną walkę ze strażnikiem diabłem stoczywszy.
Znalazł się wśród towarzystwa taki, który podjudziwszy ambitnego młodzieńca, zakładem do nocnej wyprawy w podziemia go nakłonił.
Honor żołnierski i odwaga wewnętrzna młodzieńca nie pozwalały mu na wycofanie się z zakładu, czego jednak nie zamierzał czynić.
Dnia następnego, po zmroku, młodzieniec ruszył błotnistą, trudną do przebycia drogą do opuszczonego pałacu. Otuchy dodawał tylko wysoko i blado świecący księżyc, nieznacznie rozpraszając ciemności nocy.
Kiedy już znalazł się wojak u wylotu lochu, zapalił niesioną ze sobą lampę, poprawił szabelkę, pistolet i wbrew pozorom, z trwożnym sercem wszedł do środka. Ząb o ząb począł mu dzwonić i nie wiadomo czy ze strachu, czy faktycznie panującego chłodu.
A strach mógł każdego obejść, bo w korytarzu podziemi panowało takie echo, iż nawet najsłabszy oddech jaki wydobył się z piersi junaka, tworzył olbrzymi hałas.
W labiryncie korytarzy i wyżłobionych nisz skalnych błądził nasz bohater i powoli począł tracić nadzieję, iż światło dzienne jeszcze kiedyś ujrzy.
Panująca atmosfera i efekt echa stwarzały wrażenie, iż w każdym z wyłomów uwięziona została grzeszna dusza. Nic to jednak, zapalczywość bowiem była w nim tak wielka, że gdyby mu sił zabrakło, szedłby na kolanach. Niedługo o tym myślał, bo poczęły drogę mu zastępować jakieś stwory i strachy, które z czasem stawały się bardziej ohydne.
Sam ich widok, nie mówiąc o dotyku, o zwrot spożytego jadła prowadził.
Ale oto nagle jego oczom ukazał się widok przecudny. Wielka grota kryształem lśniąca i zimna a na środku jeziorko małe z przeźroczystą wodą i cel wyprawy młodzieńca – Złota Kaczka. Blask, jaki bił od Kaczki oślepił wojaka – i nie dziwota – bo nie tylko na dziwnie długiej kaczej szyi i nogach pełno drogiej biżuterii wisiało, ale również każde pióro brylantem było ozdobione.
Nogi mu się również lekko ugięły, gdy usłyszał dźwięczny głos cennego ptaka. Dźwięczny, ale i wielce rzewny, bo oto tłumacząc jak to strasznego diabelskiego czaru się pozbyć, łzy niewieście, wielkie roniła.
Zadanie bardzo trudne się jednak nie okazało, bo wydanie stu dukatów na hulanki, swawole i przyjemności to żywot codzienny młodego Czwartaka.
Z wielką pewnością sakiewkę do kieszeni wepchnął i do wykonania zadania z tym większą ochotą i chęcią się zabrać zamierzał.
Trudno mu jednak piękną Kaczkę opuszczać przychodziło, wzdychać bowiem poczęła jak zresztą każda Panna, do czego jednak młodzian był przyzwyczajony.Do wyjścia jakoś łatwo drogę odnalazł. Tak jak przypuszczał, ranek już panował i na niedzielną mszę dzwoniono. Zaplanował i wykonał. Wszystkie bowiem pieniądze za dnia wydał na zabawę wraz z kompanami i popijanie wszystkiego, co karczmarz w komórce chomikował.
Z przekonaniem, iż pieniądze wszystkie już wydał, wybrał się młodzieniec w drogę powrotną do podziemnej pieczary.
Zapomniał jednak o starym, wytartym groszu, który gdzieś w kieszeni się zawieruszył, a wykonanie zadania dla odczarowania Królewny wyraźnie mówiło, iż wydatek na przyjemności w wysokości stu dukatów miał być wykonany „co do grosza”.
Idąc w pełni zadowolony z siebie, napotkał na drodze w łachmany odzianego starca. Od razu ręka sama mu do kieszeni sięgnęła, po właśnie ten nieszczęsny pieniądz. Serce dzielnego wojaka okazało się większe od bohaterskiej duszy. Cóż bowiem winien ten stary ślepiec, że teraz z dawnej siły i młodości pozostało mu jedynie stare, zeschłe ciało zależne od dobrej woli ludzi. Wcisnął więc grosz w dłoń żebraka, a tkwiący mu ciągle przed oczami obraz Złotej Kaczki i bogactwa nagle znikł.
Nie poszedł już więc dzielny wojak do lochów na Ordynackiej, wiedział bowiem, iż nic nie pozostało po kryształowej grocie i Kaczce – Księżniczce. Kroki swoje skierował bowiem do pobliskiego Kościoła Świętego Krzyża i przed spowiednikiem swoje grzechy i zdarzenia wyznał.
Ale oczywiście jego grzechy nijak się miały do uczynku, jaki względem żebraka uczynił.
„Morał z tego – sami wiecie, źle jest żebrakom na świecie”.

O Mistrzu Twardowskim, Mniszchowych Braciach i wielce urodziwym duchu

Wielka żałoba ogarnęła w 1551 roku kraj cały, a najbardziej Kraków. Po zaledwie rocznym królowaniu zmarła druga żona króla Zygmunta Augusta – Barbara z Radziwiłłów. W porównaniu do poprzedniczki Elżbiety, wielka to była pani. Bardzo piękna zewnętrznie i wewnętrznie, bo wielkość jej serca nie tylko krakowiakom znana była. Nie ma jednak lekarstwa na śmierć, która nawet pod pierzyną nieoczekiwanie dopadnie, a i na prośby i płacze nieczuła, bo i jak przysłowie powiada – na oba uszy głucha.
Pewnego późnego wieczora, prawie miesiąc po uroczystościach pogrzebowych Barbary, do kamienicy przy Bramie Grodzkiej w Krakowie ktoś do drzwi zastukał. Właściciel – koniuszy Mistrz Twardowski przybyszom drzwi otworzył i wielce uradował się z gościny. A byli to wielce szanowani dworzanie królewscy, sam kanclerz koronny, dwaj bracia Jerzy i Mikołaj z Mniszchów i ktoś trzeci pod wielkim kapturem zakryty.
Po niezwykłą poradę i prośbę dostojnicy do Twardowskiego przyszli. Oto bowiem król miłościwie panujący Zygmunt August po stracie ukochanej Barbary od zmysłów niemalże odchodzi. Nocami po zamczysku się słania, nie je, nie pije, brednie wygadywać poczyna. Ukochani dworzanie, w tym właśnie i dostojnik ów tajemniczy – ksiądz Krasicki uratować go postanowili, ukazać choć przez chwilę Barbarę żywą. A, że Twardowski w całym Księstwie i na Litwie znany był ze swych czarodziejskich sztuczek to i do głowy panom dworskim przyszło, iż czarami króla uratuje.
Jednak nawet Twardowski wyznawał zasadę, że to co nagle to po diable, od razu więc asanom odpowiedzi nie dał, postanowił się namyślić i poradzić. Tak więc goście bez odpowiedzi konkretnej dom Mistrza opuścili.
Tymczasem Twardowski od razu do powierzonego zadania wziąć się postanowił. Udał się do tajemnej komnaty, w której to „Liber magnus” – księgę czarnoksięską od diabła Trzeciaka otrzymaną przetrzymywał i otworzył ją. Natychmiast z kart diabeł wyskoczył i przed Twardowskim się skłonił.
Wysłuchawszy jednak sprawy, głową tylko przecząco pokiwał i ponownie w kartach księgi się schował. Jeszcze nie rezygnując Twardowski do samego Trzeciaka po pomoc udać się postanowił. Lecz i tu także nijakiej pomocy nie znalazł. Nie trafiła bowiem dusza wielmożnej Barbary do piekielnego królestwa, tak więc pomocy w niebiosach szukać trzeba. Gdyby jednak taka pomoc możliwa była, sam Krasicki nie zwracałby się z prośbą do czarnoksiężnika.
Kiedy to już bezradność ogarniała ratowników duszy królewskiej, na pewien pomysł oto wpadł Twardowski. Skoro to ani boska, ani diabelska pomoc skuteczna się nie okazała, trzeba to załatwić innym sposobem – ludzkim – lisim fortelem. Opowiedział Twardowski, jak to niedawno goszcząc w Warszawie mieszczkę pewną na ulicy widział i nie byłoby to niczym dziwnym, gdyby nie marny ubiór, zapewne by się owej pokłonił – tak bowiem do miłościwej Barbary podobna była. Tak więc zawiązano misterny plan.
Zorganizowanie sesji nocnej na zamku właśnie w Warszawie i sprowadzenie tam Zygmunta Augusta. Trochę to zdziwiło króla, gdy dowiedział się, iż aby ujrzeć Barbarę choć przez chwilę do zamku swej matki w Warszawie udać się musi. Dziwne to było także tym bardziej, że królowa Bona za Barbarą także nie przepadała, a teraz dusza nieboszczki tam właśnie przebywa.
Na nocną sesję z duchem czekać było do odpowiedniej fazy księżyca, w ten bowiem choć sposób trzeba było zachować pozory czarodziejskie.
Kiedy ten dzień, a noc raczej nastała, wielkie zdenerwowanie i niepokój króla ogarnął. Wcześniej przygotowana aura i nastrój na wizytę ducha ukochanej tak na Zygmunta Augusta wpłynęły, że bez protestów poddawał się wszelkim sugestiom. Kiedy oto w lustrze ustawionym pośrodku sali ukazała się wyraźnie ukochana postać, król nie wytrzymał i wyrwał się z fotela aby ją pochwycić. Zjawa jednak natychmiast zniknęła, a Krasicki wpółomdlałego króla począł strofować za jego nieroztropność, nierozwagę i nieopanowanie.
Przez taką nagłą reakcję dusza miłościwej Barbary na katusze skazana być może, jak to się dzieje w większości takich przypadków.
Tymczasem sprawca owej tajemnej duchowej sesji, Mistrz Twardowski wymknął się niespostrzeżenie wraz z sobowtórem Barbary z komnat zamkowych i na pozostawionym u znajomego kowala kogucie, wrócił do swojej krakowskiej kamienicy. Król także nie zamierzał długo bawić w domu matki i po powrocie do Krakowa jakby zmienił się trochę.
Mniej już wspominał Barbarę, może z wyrzutów sumienia, że przez swoją impulsywność przestraszył niebogą jak także skazał na cierpienia.
Opowiedziana powyżej legenda może okazać się dla niektórych nieprawdziwa. Inne bowiem podania donoszą, iż sesja z duchem poczciwej Barbary odbyła się w Krakowie na Wawelu, gdzie sprowadzona została z Warszawy właśnie Barbara Giżanko, domniemany sobowtór.
Jedno wiadomo jednak na pewno, że lustro, które towarzyszyło w sesji wisi w zakrystii kościoła parafialnego w Węgrowie nad Liwcem. A co do jego tam obecności, także historia nie jest jednoznaczna. Jedna głosi, że zawiózł je tam sam Twardowski uciekając od braci Mniszchów, chcących zgładzić jednego świadka spisku królewskiego. Druga, że lustro ofiarował w testamencie ksiądz Krasicki proboszczowi Węgrowa. Trzecia, że pozostawione w komnacie zabrał ochmistrz królewski i ofiarował swemu bratu, ówczesnemu proboszczowi Węgrowa.
Jednak siła taka z lustra emanowała, która była negatywnie odbierana przez parafian. A razu pewnego kościelny tamtejszy zobaczywszy tam nie swoje, ale jakiegoś potwora odbicie, stłukł je. Lecz o dziwo nie w drobny mak lecz na trzy części lustro pękło. Ale tak pęknięte nadal wisi w zakrystii tamtejszego kościoła, pięknego i zabytkowego z XVI wieku.
A kto nie wierzy, niech sam się przekona.

Tekst źródłowy pochodzi ze strony:

http://czytadla.blogspot.com/2009_05_31_archive.html

Grafika:   Reprodukcja fotograficzna utworu : Zjawa Barbary Radziwiłłówny pochodzi ze strony :

http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Barbara_Radziwill_ZjawaBarbary_19th_century.jpg&filetimestamp=20051010004951

Legenda o Bazyliszku

Dawno, dawno temu żył w Warszawie, w podziemiach miasta, okropny bazyliszek. Miał kształt koguta i krwawe ślepia, smocze skrzydła i ogon jaszczura. Skóra jego była żółto – brązowa i mocno pomarszczona. Straszny wygląd bazyliszka przerażał ludzi. Na dodatek potwór miał straszną moc: gdy spojrzał na ofiarę, zmieniał ją w kamień. Polował zwykle nocą, siejąc wśród mieszkańców stolicy wielki strach i grozę.
Nagle wpada do karczmy szewc Franciszek i zaczyna głośno krzyczeć:
– Znowu zabił następną osobę!
Król, słysząc tę wieść okrutną, wymyślił plan:
– Niech najgorszy więzień, stawi się tu, przede mną.
Po czym powiada do skazańca:
– Albo wymyślisz plan na zgładzenie potwora, albo o świcie oddasz swoją głowę katu.
Po chwili namysłu sprytny człowiek wpadł na wspaniały pomysł. Obwiesił się lustrami i ruszył w nocy do piwnicy, gdzie mieszkał bazyliszek. Okropny jaszczur, gdy spojrzał na niego, ujrzał w lustrach własne odbicie i zamienił się w kamień. Ludzie, którzy skamienieli pod wzrokiem jaszczura ożyli, a ludność warszawska odetchnęła z ulgą.
Tak to bazyliszek został pokonany własną bronią. Sam zamienił się w kamień. A skazańcowi przywrócono wolność.

Streszczenie legendy pochodzi ze strony :

http://pl.shvoong.com/books/novel-novella/1934692-legendy-warszawskie/

Fotografia pochodzi ze strony

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Basilisk_warsaw.jpg

Legenda o Syrence

Dawno dawno temu przypłynęły z Atlantyku na Bałtyk dwie siostry – syreny; piękne kobiety z rybimi ogonami, zamieszkujące w głębinach mórz.

Jedna z nich upodobała sobie skały w cieśninach duńskich i do tej pory możemy ją zobaczyć siedzącą na skale u wejścia do portu w Kopenhadze.

Druga dopłynęła aż do wielkiego nadmorskiego portu Gdańsk, a potem Wisłą popłynęła w górę jej biegu. Podobno właśnie u podnóża dzisiejszego Starego Miasta wyszła z wody na piaszczysty brzeg, aby odpocząć, a że miejsce spodobało się jej, postanowiła tu zostać.

Rychło rybacy zauważyli, że ktoś podczas ich połowu wzburza fale Wisły, plącze sieci i wypuszcza ryby z więcierzy. Ponieważ jednak syrena oczarowywała ich swym pięknym śpiewem, nic jej nie zrobili.

Pewnego razu bogaty kupiec zobaczył syrenę i usłyszał jej piękny śpiew. Szybko przeliczył, ile zarobi, jeżeli uwięzi syrenę i będzie ją pokazywać na jarmarkach. Podstępem ujął syrenę i uwięził ją w drewnianej szopie, bez dostępu do wody. Skargi syreny usłyszał młody parobek, syn rybaka i z pomocą przyjaciół w nocy uwolnił ją.

Syrena z wdzięczności za to, że mieszkańcy stanęli w jej obronie obiecała im, że w razie potrzeby oni też mogą liczyć na jej pomoc. I dlatego warszawska syrena jest uzbrojona – ma miecz i tarczę dla obrony naszego miasta.

Tyle legenda. Nie wiadomo skąd syrena wzięła się w herbie Warszawy, w każdym razie była w nim już w II poł. XVI w. Tylko, że wtedy syrena to był stwór z tułowiem ptaka, rękami, ogonem ryby i nogami ptasimi zakończonymi pazurami; prawdopodobnie średniowieczni mieszkańcy miasta nasłuchali się opowieści o dziwnych stworach żyjących w zamorskich krainach, a opowieść o syrenach szczególnie im się spodobała.

Tekst pochodzi ze strony Urzędu Miasta Warszawy. Znajduje się pod adresem :

http://www.um.warszawa.pl/v_syrenka/miasto/legendy-1.htm

Obrazek autorstwa Grzegorza Polaka pochodzi z serwisu :

http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Syrenka_Warszawska.jpg&filetimestamp=20070606221918